Polita

„Polita” to album konieczny. Tak, jak niezbędne było opowiedzenie tej historii. Gdy na Broadwayu czy West Endzie wystawia się musicale, płyta ze ścieżką dźwiękową jest zawsze oczekiwana z niecierpliwością. Jest bezcennym wspomnieniem wydarzenia, bowiem z definicji teatr, także muzyczny, to sztuka ulotna. Nawet jeśli, jak „Cats”, „Phantom of the Opera” czy „Metro” zdaje się trwać w nieskończoność – album pozostaje sentymentalną pamiątką po pierwszej, niezapomnianej obsadzie. Życzę „Policie” kolejnych sezonów. Ale i wiem, że to spektakl stworzony w znacznej mierze dla jednej, nadzwyczajnej artystki imieniem Natasza. Dobrze więc, że choć część jej charyzmy została tu uwieczniona, nim Nataszę porwie kolejny fascynujący projekt a w „Policie” będą próbowały zastąpić ją koleżanki. …

Marcin Kydryński